Julian Tuwim. Już mi jest wszystko jedno, Czy powiesz "nie" czy "tak", Jeno mi Ciebie bardzo brak, Jeno mi Ciebie strasznie brak! Żal gnębi duszę mą biedną. Ach przy""""znam Ci się - muszę!
Autor: Maria Machowska. Julian Tuwim to jeden z najpopularniejszych poetów polskich dwudziestolecia międzywojennego. „Chrystus miasta” to utwór, pochodzący z tomiku „Czyhanie na Boga” z 1920 roku. Zbiór ten, był debiutem poetyckim artysty, który przyniósł mu wielki rozgłos.
Irena Tuwim (sister, a poet herself) Kazimierz Krukowski (cousin) Julian Tuwim (13 September 1894 – 27 December 1953), known also under the pseudonym "Oldlen" as a lyricist, [1] was a Polish poet, born in Łódź, then part of the Russian Partition. He was educated in Łódź and in Warsaw where he studied law and philosophy at Warsaw University.
Chrystus Miasta - Julian Tuwim Tańczyli na moście Tańczyli noc całą Zbiry, katy, wyrzutki, Wisielce, prostytutki, Syfilitycy, nożownicy, Łotry, złodzieje, chlacze wódki. Tańczyli na moście Tańczyli do rana.
Autorką interpretacji jest: Adrianna Strużyńska. Utwór Juliana Tuwima „Figielek” ma formę żartu słownego. Autor stworzył krótką historyjkę, w której fabuła odgrywa niewielką rolę. Na pierwszy plan wysuwają się czasowniki, pochodzące od nazw różnych zwierząt. Figielek - analiza utworu. Figielek - interpretacja wiersza.
Do krytyków – interpretacja i analiza. „Do krytyków” to przewrotny komentarz Tuwima na temat roli poezji w niepodległym kraju. Tekst został utrzymany w żartobliwym, niemal satyrycznym stylu. Głównym zabiegiem zastosowanym przez Tuwima jest tu komiczny efekt zaskoczenia. Tytuł utworu – „Do krytyków” sugeruje, że czytelnik
Julian Tuwim przyszedł na świat 13 września 1894 roku w Łodzi. Zmarł w Zakopanem 27 grudnia 1953 roku. Był popularnym poetą międzywojennego dwudziestolecia, współzałożycielem grupy kabaretowej „Pod Picadorem” oraz poetyckiej „Skamander”. Posiadał korzenie żydowskie.
Michał Głowiński, Kraków 1969, s. 9–10. Julian Tuwim Ranyjulek. Kazimierzowi Wierzyńskiemu. Powinienem z wiatrami po ulicach się włóczyć, [] Od rynsztoka do ściany zygzakami się toczyć, Ranyjulek! swobodny, bezpański jak pies! Sińce łapać na słupach, w zbiegowiskach się tłoczyć, Na parkany wdrapywać się wiosną po bez!
Julian Tuwim. Już ja z ziemi nieba nie widzę. Już i gwiazdy na mnie nie wejrzą. Sprawiedliwy! wydaj mi wizę. Na pustynię najpustynniejszą. Żebym bez trwogi i pogardy. Ale z nadzieją i miłością. Mógł wznieść oczy w bezmiar otwarty: Wieczną prawdą świecący kościół.
13 IX 1894 roku urodził się w Łodzi Julian Tuwim. Najpopularniejszy poeta dwudziestolecia międzywojennego urodził się w mieszczańskiej rodzinie zasymilowanych Żydów, prawdopodobnie przy ulicy Widzewskiej 44 (obecnie Kilińskiego 46). Dorastał w podwórku kamienicy przy pasażu Szulca 5 (obecnie al. 1 Maja), a potem w domu przy ulicy
ED27RCa. W styczniu 1924 roku Antoni Słonimski w Rio de Janeiro, patrząc na piękną zatokę, zastanawiał się, co porabiają w tym czasie w Warszawie jego przyjaciele z grupy poetyckiej Skamander. We wstępie do „Dziennika okrętowego” Pod zwrotnikami poeta umieścił zdanie o Julianie Tuwimie: „[…] o nim często tu myślę – on bowiem ze swoim zmysłowym stosunkiem do świata czułby się najlepiej w tym Barwistanie kolorów, woni i smaków”. Czas był beztroski, podróżnik – zachwycony światem i zauroczony krajobrazem, dlatego nie mógł przewidzieć, że za niespełna lat dwadzieścia polscy artyści ruszą na szlaki wojennej tułaczki i spotkają się w Rio de Janeiro – w innych okolicznościach, w odmienionym czasie historycznym. Po upadku Francji pisarze z kręgu Skamandra znaleźli się w Portugalii. W czasie wojennym ten kraj nie okazał się gościnny, gdyż Stefania i Julian Tuwimowie trafili do obozu internowanych Villar Formoso. Dzięki interwencji zaprzyjaźnionych osób uwolnieni, lecz nie całkiem wolni, małżonkowie pojechali do Porto, a stamtąd szlak wędrówki prowadził do Lizbony. Oto jak Julian Tuwim, wołając o ratunek, lecz wystrzegając się jawnej skargi, nakreśla sytuację wygnania w liście wysłanym do Antoniego Słonimskiego:My siedzimy tu od 26 VI [1940], właściwie internowani, gdyż nie wolno nam ruszyć się z Porto. O otrzymaniu jakiejkolwiek wizy nie ma mowy. […] Nawet do Lizbony nie puszczają. Porto ładne, ale strasznie hałaśliwe. Piekielny żar. Świetna kawa i papierosy. Ale – „to ma starczyć”?Rola turysty zwiedzającego atrakcje miasta zostaje uchylona. Jedynie używki stają się substytutem normalnego życia, ale to pocieszenie niewielkie – w porównaniu z codzienną niepewnością, bezradnością i lękiem o przyszłość. Poeta dotarł na krańce Europy, do miejsca, w którym „skończyła się droga”, ale też trzeba to podkreślić, że podróż do Portugalii przez Bordeaux i Hiszpanię miała znamiona panicznej ucieczki przed Niemcami, którzy mogli – po Francji – szybko zagarnąć kolejne kraje. O odczuciu kresu ucieczki przeczytamy w liście do Ireny Tuwim. Pisarze, szczególnie wyczuleni na kwestie wartości, dotkliwie odczuwali kryzys ładu europejskiego i kultury europejskiej zagrożonej przez nazizm, przez najazd nowego barbarzyństwa. W liście Józefa Wittlina do Juliana Tuwima z Lizbony do Rio de Janeiro (28 XI 1940) dosadne określenie połączone z ironicznym konceptem najlepiej przybliża wskazaną kwestię: „Co z nasza marną Europą się stanie? To już nie byk ją porwał – ale skurczybyki ją hańbią”. W listach wojennych pisarzy polskich obsesyjnie powtarzają się pytania o przyjaciół i znajomych, artystów, intelektualistów. Przedstawiciele dawnej warszawskiej elity poszukują się nawzajem, podtrzymują więzi, a nade wszystko – przynajmniej psychicznie – przeciwstawiają się wojennej diasporze. Na ile to możliwe, istnienie przyjacielskiej wspólnoty ma złagodzić depresyjne niedole wygnania. Taką strategię w korespondencji przyjmuje również Julian Tuwim. Przystanek Tuwimów w Portugalii był niedługi, kilkumiesięczny. Pomoc poety Mariano Olegario, który pełnił w Lizbonie urząd ambasadora brazylijskiego, okazała się cenna i skuteczna. Zaopatrzeni w wizy (wygnani z „marnej Europy”) Tuwim z żoną oraz Lechoń ruszyli w podróż morską do Brazylii. Statek „Angola” odbił od nabrzeża portu w Lizbonie 21 lipca 1940 roku. Lechoń i Tuwimowie przypłynęli do Rio de Janeiro 4 sierpnia 1940 roku. Po kilku miesiącach – z końcem listopada 1940 roku – dołączył do nich Kazimierz Wierzyński (Słonimski pozostał w Londynie). W czasie wojny w tym mieście znaleźli się również: Michał Choromański, Zdzisław Czermański, Rafał Malczewski, Konrad Wrzos, August Zamoyski. Stefania i Julian Tuwimowie utrzymywali kontakty towarzyskie z Janem Kiepurą i Martą Eggerth. Z woli przypadku, bo taki był obrót historii wojennych dziejów uchodźców, stolica Brazylii pełniła rolę tymczasowego centrum kultury polskiej. Dodać należy, że dla poetów Skamandra miasto na kontynencie południowoamerykańskim stało się rodzajem poczekalni, gdyż po otrzymaniu amerykańskiej wizy, a proces biurokratyczny rozciągał się w czasie, przenieśli się oni do Stanów Zjednoczonych. Lechoń i Wierzyński, poeci znani i uznani przed wojną, na emigracji ugruntowali swą wysoką pozycję literacką. Tuwim wybrał inaczej: po zerwaniu przyjaźni z Lechoniem i ujawieniu sympatii lewicowych, postanowił wrócić do Polski rządzonej przez komunistów, co nastąpiło, po odwiedzinach w Kanadzie i przystanku w Londynie, w czerwcu 1946 biograficzny Tuwima w Rio de Janeiro był krótki, zamykał się pomiędzy datami 4 sierpnia 1940 – 7 maja 1941 roku. Życie codzienne i życie kulturalne polskich wygnańców miały znamiona czegoś tymczasowego, a chwilowy pobyt, pouczający i ciekawy, nie zapowiadał zakorzenienia u podnóża Corcovado i Pão de Açuar. Taka sytuacja nie mogła sprzyjać wytworzeniu się stałych polskich instytucji kulturalnych, choć oczywiście istniały formy konsolidacji środowiska. Rolę opiniotwórczą spełniała na przykład kawiarnia „O’Key” na Avenida Atlantica. Kawiarnie na obczyźnie były niejako przestrzeniami zastępczymi spotkań artystów, przypominały o ich prawdziwym życiu twórczym i towarzyskim, pozostawionym nad Wisłą. Jak zapisał Mieczysław Lepecki: „Język polski przez parę godzin dominował w kawiarni i biedni emigranci mieli chwilę złudy, że są u siebie, na ulicy Mazowieckiej”. Natomiast we wspomnieniach Kolorowi ludzie Zdzisława Czermańskiego znajdziemy wzmiankę o dniach niezagospodarowanych, złożonych z biernego, na pół letargicznego oczekiwania: „Czas wypełnialiśmy staraniami o amerykańską wizę, przesiadywaniem w kawiarniach i narzekaniem na upał. Tuwim nie pisał i niepokoił się tym bardzo”. Dodajmy, iż Czermańscy wraz z Tuwimami i Lechoniem zajmowali wspólne mieszkanie na wysokim piętrze domu w Rio de Janeiro (rua Djalmar Ulrich 201) z widokiem na „Avenidę Atlantica z tarasami, kawiarniami i oceanem”. Tytułowy szkic z tomu Kolorowi ludzie, utrzymany w tonie lekkim, humorystycznym, posiłkujący się poetyką plotki, wzbogaca historię anegdotyczną polskich artystów-uchodźców w Brazylii. Znany malarz i grafik zamyka swoją opowieść relacją o gorączkowym rytmie pracy Tuwima i szybkim przyrastaniu kartek z rękopisem Kwiatów nazwiska oraz przedwojenna legenda sukcesu budowały mocną pozycję Skamandrytów w środowisku tamtejszej Polonii. Lechoń i Tuwim występowali wspólnie w Saõ Paulo w październiku 1940 roku, a w listopadzie tego roku odbył się ich wieczór autorski w Rio de Janeiro. Pisarze znad Wisły byli goszczeni przez Brazylijską Akademię Literatury. Przemawiał wówczas znany pisarz Cláudio de Souza. Prasa w Rio de Janeiro pisała o Lechoniu i Tuwimie. Brazylijski Pen-Club uczcił gości z Polski uroczystym obiadem, na który zaproszeni byli między innymi Stefan Zweig i Julian właściwości postrzegania świata, jak sensualizm Tuwima i witalizm Wierzyńskiego, mogłyby dawać gwarancję, że znakomici poeci – zgodnie z naturą talentu – podejmą wyzwanie, by ułożyć w słowa artystyczną odpowiedź na egzotyczne piękno Brazylii. Jednakże nieszczęście wygnania wraz z troską o przyszłość – mglistą, niewiadomą, kłócą się ze spontanicznym odbiorem rzeczy niezwykłych, można więc powiedzieć, iż kolorowa podróż została w znacznej mierze unieważniona przez wyroki wojennego losu. Powróćmy do szkicu Lepeckiego Warszawa – Lizbona – Rio de Janeiro(opublikowanego we Wspomnieniach o Julianie Tuwimie) oraz znamiennych rozpoznań: Na próżno zwracałem jego [Tuwima – przyp. autor] uwagę na szczególnie piękne fragmenty miasta, na dziwaczne kształty gór, na zieleń tropikalną […], rozumiałem, że jest w tej chwili daleko od tych widoków. Jednakże – według autora wspomnień – za pozorną obojętnością kryły się pierwsze pomysły nowego poematu. Tuwim nagle zapytał, czy Kwiaty polskie „to byłby jakiś tytuł”? Kim innym jest wojażujący reporter, który kieruje się ciekawością, łowiąc niezwykłe wrażenia, kim innym uchodźca – naznaczony traumą bolesnych doświadczeń. Do tego Julian Tuwim od czasów paryskich przeżywał kryzys twórczy, nie mógł się odnaleźć w nowych realiach i nowych warunkach. Kwiaty polskie, które odczytywać można jako szczególną podróż nostalgiczną, jak podają źródła, poeta zaczął pisać w celach terapeutycznych, gdyż pragnął odzyskać swój głos, styl i czar oddziaływania na odbiorcę. Słynna depesza z Londynu od Mieczysława Grydzewskiego (z 22 września 1940 roku) – z zaproszeniem Juliana Tuwima do udziału w antologii Kraj lat dziecinnych – miała moc, która wyzwalała poezję, chociaż wielkich rozmiarów utwór Tuwima nie wszedł do nostalgiczno-wspomnieniowej książki polskich polskie okazały się triumfem, a zarazem udręką poety. „Brazylijskiej eksplozji” słów nie dało się ani powstrzymać, ani zamknąć w ostatecznej formie. Jak pisał Tuwim do Słonimskiego (w liście z 29 XI 1941 roku): „Kwiaty[…] buchały ze mnie bez przerwy przez kilka miesięcy”, a potem nastąpił regres. Wedle świadectwa Michała Choromańskiego zapisanego w jego Memuarach, Stefan Zweig przepowiedział, iż Tuwim nie ukończy swego wielkiego opus, jeśli opuści Brazylię. Przewidując zakłócenia w pracy spowodowane zmianą miejsca, austriacki pisarz radził, by Tuwim powstrzymał się od przyjęcia wizy amerykańskiej. Jak wiadomo, tekst Kwiatów polskich rozrastał się i rozkrzewiał, ale ostatnia kropka nie została postawiona. Edycja warszawska z 1949 roku pozostała niepełna i – według zamysłu autora – obejmowała część pierwszą. Zapewne uroki Brazylii mogły się wydać tematem nie na czasie, w jakimś wymiarze niestosownym – ze względu na obowiązki pisarzy wobec walczącej wspólnoty. Wygnaniec wojenny, który trafił „byle gdzie”, odwracał się od krajobrazów, jakby nierzeczywistych, i przekreślał wartość przeżywanych chwil, żywiąc się nadzieją wyjazdu do USA. Poczekalnia nie może być przestrzenią fascynującą. Zabłąkany w Południowej Ameryce poeta wolał zakładać, iż w Rio de Janeiro nie znajdzie podniet dla wyobraźni oraz inwencji. Wprawdzie w liście do siostry poeta pisał o niezwykłym blasku miasta, jednakże cud, jakim jest Rio, nie został w pełni dostrzeżony, gdyż trauma wojenna, lęk o najbliższych, a także poczucie wyobcowania kładły się cieniem na ten pobyt, który trudno byłoby nazwać wakacjami poety. Swobodne przechadzki też w pewnym stopniu zostały sparaliżowane. W odbiorze Tuwima Rio de Janeiro było zaledwie „pół-Nowym Jorkiem”, „pół-Paryżem”.Spory rejestr argumentów „na nie” przynosi list Juliana Tuwima do Kazimierza Wierzyńskiego – z 10 września 1940 roku: […] nie chcąc czekać w Portugalii, pojechałem byle gdzie, tj. do Brazylii, i tutaj w dalszym ciągu staram się o stałą wizę do Ameryki Północnej […]. Rio, dla przyjezdnego i bezrobotnego, jest wyłącznie plażowo-rozrywkową i kawiarniano-spacerową miejscowością. Zoppot-Biarritz-Nizza w olbrzymiej i wspaniałej skali. […] Szalejąca przyroda męczy prędko, a z przyjemnymi, uprzejmymi, pełnymi ogłady i życzliwości Brazylijczykami można prowadzić (po francusku) łatwe, więc męczące, rozmówki na mdlące tematy „intelektualne”. Ludzie w Brazylii byli życzliwi, lecz cóż po ludziach, skoro nie potrafią ani uczestniczyć w niedolach wygnańca, ani ich prywatnym dokumencie zniechęcenia i porażenia wrażliwości to, co piękne, staje się przykre, a nawet odpychające. Całkiem na miejscu byłaby uwaga o neurotycznych reakcjach poety – pojawiających się w miejsce liście Tuwima poczekalnia przybiera kształt gigantycznego kurortu. Człowiek w takiej przestrzeni skazany zostaje na przymusowy odpoczynek: płynące dni wypełniają puste zdarzenia oraz rytualne rozmowy. Nadmiar bujnej natury, w której jednostka ludzka łatwo może się zagubić, wywołuje agorafobię, przeraża nadmierną skalą (czyżby Tuwim w tym miejscu spotykał się z Gombrowiczem opisującym Argentynę?). Nie czas też na „rozmowy intelektualne” – sztuczne, odgrywane, przykre z tego powodu, że tak dalece odbiegały od aktualnych zmartwień poety. W przelotnych kontaktach z przyjaźnie usposobionymi Brazylijczykami, z którymi nie można rozmawiać o sprawach istotnych, w sposób dotkliwy ujawnia się osamotnienie i obcość polskiego pisarza. Z Rio kuracjusz-wygnaniec nie wyjedzie uleczony. Zresztą w cytowanym liście do Wierzyńskiego zostaje postawiona kropka nad „i”: „O sobie nic nie mogę Ci powiedzieć. Jestem zrozpaczony, otępiały, osłupiały, bez żadnej wiary i nadziei na przyszłość”. Zachowała się fotografia Juliana Tuwima z czasów pobytu w Rio de Janeiro. Poeta, ubrany w czarny garnitur, siedzi samotnie na kamiennej ławce. Niewidzialną kotarą z powietrza oddzielony jest od ludzi, którzy oddają się radości plażowania. Nie interesuje się lokalnymi przyjemnościami, nie uczestniczy w zabawie, na pół nieobecny – spod ciemnych okularów spogląda w nieokreśloną dal. Postać poety można porównać do ptaka, który z dalekiej północy przyfrunął do krainy rozżarzonej słońcem. W różnych krajach i miejscach na Ziemi, we Francji, Portugalii, Brazylii i Stanach Zjednoczonych, nie opuszczało poety poczucie wyobcowania.„Nic mi z tej wymarzonej nad morzem urody” – wyznawał Kazimierz Wierzyński w Wierszu z Rio. W przypadku Juliana Tuwima odmowa odczuwania uroków brazylijskiego krajobrazu nie jest tak radykalna. Wszakże poeta w wysłanym ze Stanów Zjednoczonych (w 1946 roku) liście do Leopolda Staffa tak podsumowywał doświadczenia brazylijskie: „Najcudowniejszą przygodą uchodźczą było Rio de Janeiro. Do dziś mi się wierzyć nie chce, że taki cud może istnieć na ziemi”. Malowniczość miejsca przekracza zakres wyobrażeń ukształtowanych na studiowaniu krajobrazów europejskich. Dla porównania wspomnijmy o jedynym świadectwie poetyckim Jana Lechonia Rio de Janeiro. Ten wiersz, który chyba powstał już w Stanach, czytać należy nie tyle jako impresję, lecz raczej zamknięcie rocznego epizodu biograficznego, w którym zachwyt splatał się z doznaniami nostalgicznymi. Chrystus z góry Corcovado błogosławi „Tę ziemię czarodziejską, jak ogród zaklęty, / To miasto fantastyczne i błędne okręty, / Co wiozą smutnych ludzi, wygnanych z swej ziemi”. Trasy i dzieje zeszły z właściwego kursu, a błąkający się wygnańcy, ni to we śnie, ni w życiu, nigdy nie zaznają pełnej radości obcowania z nieznanym dotąd pięknem. Podobnie u Tuwima. Rozkosz oka zostaje przytłumiona przez smutek serca, a nostalgia, która każe podjąć wędrówkę wyobraźni w stronę przeszłości, odrywa uwagę piszącego od odbieranych przez zmysły wrażeń. Rio – kolorowe i kuszące – nie daje się w pełni ogarnąć i opisać. Kwiaty polskie, spóźniony o kilka epok poemat dygresyjny, podszyty jest autobiografią, a rekonstruowane fakty odsyłają do przeszłości. Dzieło, które zaczęło powstawać w Rio de Janeiro, przestrzeń kulturową własnej genezy spycha na plan dalszy. Otwiera się natomiast na obszary wspomnień – Łódź dzieciństwa, Warszawę lat męskich, a każdy, nawet najbardziej błahy szczegół opowieści, ma tutaj wartość cennego archeologicznego znaleziska. Tak oto gromadzone w kolekcje wyliczeń rzeczy i fakty mogą zmartwychwstać za pośrednictwem magii poetyckiego zdarzają się prywatne proroctwa. Nie ominęło to także Tuwima, który w mało znanym wierszu Do Artura Rubinsteina (1929), wirtuozerię i światowe koncerty słynnego pianisty porównuje z poetycką sztuką pamięci – z próbami poszukiwania stylu, w którym można by wyrazić wzruszenia przeszłości. Tak, jak Rubinstein „w Londynie, w Barcelonie, w Rio”, Tuwim wsłuchuje się we własne dzieciństwo. Już świadomie – w ostatnim z wymienionych miast – poeta podjął takie zadanie, przystępując do pracy nad Kwiatami polskimi. Literatura nostalgiczna zajmuje się tym, co uczuciowo bliskie dla piszącego, lecz nieobecne, utracone. Zatem nie zdumiewamy się zbytnio, że poeta zdawkowo potraktował doświadczenie brazylijskie i tylko niekiedy przywoływał realia topograficzne Rio de Janeiro, lokalny koloryt i brzmienie języka. W epizodzie z części drugiej poematu Tuwim z poetycką brawurą przedstawia dzieje pijanego rejsu transatlantykiem „Angola” – z Lizbony do Rio de Janeiro (tym samym statkiem płynął Piłsudski na Maderę). Z prawdziwej historii zachowało się w Kwiatach polskich jedynie kilka konkretów, kilka okruchów autobiografii: kajuta trzeciej klasy, „myrias myriadum” pcheł, błądzenie po pokładzie, picie whisky w eleganckim towarzystwie Jana Lechonia i księcia Romana Sanguszki. W poetyckiej relacji żegluga szybko przekształca się w wojaż fantasmagoryczny i „piekielny”, a po trosze – w awanturniczą przygodę. Oczywiście z pamiętników i powieści o emigrantach dowiedzielibyśmy się o wiele więcej na temat trudów podróży i wrażeń z pierwszego zetknięcia z nową ziemią, ale przecież Tuwimowi nie chodziło o spisywanie detali, lecz o stworzenie mitycznej wersji przygody z Ameryką Południową. Uzupełnieniem poetyckiego fantazjowania, liczącym się z realiami podróży, są listy do siostry poety – Ireny po różne poetyckie style, od beztroskiej błazenady po kosmiczną groteskę, Julian Tuwim oswaja wygnańcze dotkliwości. Uprawia poetycki kamuflaż, przymierza maski i kostiumy. Utożsamia się z portugalskim admirałem Pedro Alvaresem Cabralem – odkrywcą Brazylii. Relację o zjawiającym się przed oczami „dziwolądzie” stylizuje na kronikę z 1500 roku, cytuje i przekształca w serię efektownych wariacji Canto Negro Nicolása Guilléna, później postrzega własną podróż poprzez ryciny ilustrujące powieść Richarda Rotha Młody wygnaniec, którą poeta fascynował się w młodości. W każdym razie żegluga na „Angoli” ma być tajemnicza, dzika, nieprzewidywalna. Można powiedzieć, iż reakcja poety jest ekscentryczna, obronna, może nawet dziecinna. Ale na tym właśnie polega metoda, by odsunąć od siebie teraźniejszość i przyszłość. Skoro klepsydra czasu odwróciła się „do góry dnem”, a przestrzeń ziemska i gwiezdna przenicowała się na drugą stronę (na niebie rozbłysnął Krzyż Południa), to Brazylia odsłonić mogła tylko swe strony niezwykle. Oto Tuwima fantastyczna geografia, geologia, zoologia, botanika: „dziwoskały – dziwogady […] dziwodrzewa – dziwoptaki”. Nowe miejsce powitane zostaje po portugalsku – ekstatycznym okrzykiem i niepoważną pochwałą flagi brazylijskiej: „Viva Cruizero! Viva Whisky! / Viva Bandeira Nacional!”.Narracja poetycka o drugiej podróży morskiej z Rio de Janeiro na Manhattan (na statku „Uruguay”, w maju 1941 roku), będąca zamknięciem brazylijskiego epizodu biografii Tuwima, rozpoczyna się od opisu monumentalnej figury Chrystusa na górze Corcovado, przechodzi w apostrofy do Zbawiciela, by przekształcić się w antypapieską dygresję. Dopiero (na wzór Pana Tadeusza) genetyczny związek Kwiatów polskich z Rio de Janeiro został ujawniony w Epilogu tomupierwszego. Kwiaty brazylijskie to nie tylko egzotyczna replika kwiatów rodzimych, ale też dopełnienie chimerycznej budowy poematu. Właśnie w Epilogu bukiet brazylijski zostaje ułożony i związany. O ile Kazimierz Wierzyński w cytowanym już Wierszu z Rio nie chciał nawet pytać o to, jak nazywają się kwitnące brazylijskie drzewa, o tyle Tuwim fascynował się „wściekłą roślinnością” oraz „fantastycznymi kwiatami”, studiował też dziwne kształty drzew, swoiste fenomeny przyrodnicze, tak odległe od przyzwyczajeń europejskiego oka. Według Tuwimowego dowcipnego określenia brazylijskie drzewa to „instytucje botaniczne splątane lianami”. Poeta czerpał pełnymi garściami z portugalskich określeń botanicznych („Flor de Ipé, Jasmin de Cabo, Maracujà”), a także przywoływał topograficzne nazwy dzielnic Rio de Janeiro, tłumacząc pierwszy impuls twórczy („Z Copacabany, z Ipanemy, / z Tijuca, z Botofago, z Leme / wybuchła polskich słów kwiaciarnia”). Więcej jeszcze: wyczulony na brzmienie języka poeta smakował słowa. Brzmienia egzotyczne, dodajmy, tworzą świetne ornamenty w bogatym wystroju poetyckim nostalgicznych powrotów do kraju dzieciństwa. Jednakże widmowe Rio de Janeiro Juliana Tuwima nie zjawia się w pełnej widzialności. Raczej z kilku studiów, szybką kreską naszkicowanych, można utworzyć ideę tego miasta czy też mit miasta. Malownicza przestrzeń, tak piękna, że nierzeczywista, postrzegana jest jak jakiś odprysk Atlantydy lub miasto-cud wstępujące ku górze, wznoszące się do lotu. W Tuwimowej apostrofie pojawia się pochwala miejsca, w którym skumulował się nadmiar możliwości stworzenia. Takie miasto nie powinno istnieć, bo przekracza miary wyobraźni: Kto cię wymyślił? Kto wybredził? Chyba ocean swym bełkotem Wmówił cię brzegom łatwowiernym I wrzeźbił w ziemię cud bezmierny… A inni mówią – i uwierzę – Że to Stworzyciel na spacerze Pijanym krokiem Cię wytańczył… Zatem Rio to według poety kaprys natury oraz uwolniona od systematycznego planu kreacji boska improwizacja. Nie trzeba jednak zapominać, że dla Tuwima wojenna eskapada do Brazylii miała wartość dlatego, że wyzwoliła polskie słowo poetyckie. W PRL powroty do tamtych przeżyć były w wypowiedziach Tuwima nieliczne, raczej marginalne. Może poeta nie chciał wracać do tamtych przeżyć, ponadto uchodźstwo wojenne oraz emigracja okazywały się tematem ledwo tolerowanym. O cudach świata odległego poeta napomyka „prywatnie”, jakby mimochodem. Weźmy wyznania, które pojawiły się w rozmowie z Marią Szczepańską, opublikowaną w „Dzienniku Literackim” w listopadzie 1947 roku: „Szkoda, że nie mieliśmy czasu pomówić o Ameryce i Brazylii, tak prywatnie, nie do wywiadu. Rio de Janeiro… cóż to za miasto, mówią, że najpiękniejsze miasto świata…”. Tuwim dodaje jednak zdanie: „[…] dla mnie żadne Rio, dla mnie najpiękniejszą na kuli ziemskiej jest Warszawa”. Jeśli wpatrzymy się w ten punkt na małym kontynencie i rozważymy emocjonalne przywiązania poety, to okaże się, że tutaj doznanie piękna jest trudne, ponieważ łączy się z heroizmem i Kwiatach polskich tak brzmi coda poetycka: „Dziękuję. Muito obrigado / Za Rio i za wiersz wygnańczy”. Dla wygnańców i świadków historii wizja niezwykłego miasta utworzonego ze wzgórz i zatok, błękitu i powietrza, wydaje się nierealna, zbyt oddalona. Wyjazd Juliana Tuwima do Rio de Janeiro nie przypadł na czas szczęśliwy. Wolność i lotność wyobraźni ograniczają obowiązki poetyckie – wobec siebie i wobec wspólnoty, wyroki dziejów, niekorzystne obroty Ligęza, „Mówią, że najpiękniejsze miasto świata”. Julian Tuwim w Rio de Janeiro, „Topos” 2014, t. 21, nr 1–2, s. 15–22.
Interpretacja wiersza Chrystus miasta Tuwima Chrystus miasta - teza interpretacyjna Wiersz Chrystus miasta w groteskowy sposób przedstawia obraz ludzkiego upadku. Ale o wiele istotniejsza jest kwestia milczącej obecności siły moralnej, która jest w stanie wywołać przemianę w społeczności ludzi upadłych. Tytułowy Chrystus swoją obecnością wyraża współczucie i litość. Z jego milczenia wyrasta siła będąca w stanie dokonać przemiany - jej wyrazem jest reakcja ludzi. Argumentacja w powiązaniu z funkcjami środków w wierszu Chrystus miasta Obraz poetycki naszkicowany w utworze ma charakter groteskowy, co widać już w początkowych strofach. Tańczyli na moście, Tańczyli noc całą. Zbiry, katy, wyrzutki, Wisielce, prostytutki, Syfilitycy, nożownicy, łotry, złodzieje, chlacze wódki. Taniec na moście trwający przez całą noc (opisany dwoma paralelnymi zdaniami określającymi miejsce i czas) oraz wyliczenia uczestników tego zdarzenia (ludzie z marginesu społecznego, męty społeczne, przestępcy itd.) - to wszystko tworzy niepokojącą i absurdalną wizję jakiegoś społecznego szaleństwa, tym bardziej, że w pewnym momencie do tańca włączają się jeszcze inne elementy: oprócz żebraków, ladacznic, wariatów i szpicli ... Tańczyły tan ulice, Latarnie, szubienice, Szalony taniec obejmuje więc cały świat, co w jakiejś mierze może się kojarzyć z apokaliptycznością. Kolejna strofa określa sytuację liryczną (most), a następna - podobnie jak poprzednie - zawiera wyliczenia, z tą różnicą, że obok rzeczowników, zaczynają się pojawiać przymiotniki i czasowniki. A sam początek tej strofy zbudowany jest na zasadzie ostrego kontrastu ironicznego - tańczący określeni zostali jednocześnie jako dostojni gości i psubraty. Tańczyli na moście Dostojni goście: Psubraty: Starcy rozpustni, stręczyciele, Wstydliwi samogwałciciele, Wzięli się za ręce, Przytupywali, Grały harmonie, harmoniki, Do świtu grali, Tańczyli swój taniec dziki: Dalej, Dalej! Żarli. Pili. Tańczyli. Obraz poetycki staje się uszczegółowiony: uczestnicy tańca biorą się za ręce, przytupują. Słychać zachętę (Dalej, Dalej!). Na koniec poeta wprowadził oddzielone przecinkami czasowniki (Żarli. Pili. Tańczyli), co intensyfikuje wymienione czynności, pokazuje zaangażowanie tańczących w tę swoistą konsumpcję. Wzmacnia to również forma potoczna czasownika jeść - żarli. Powrót na stronę JULIAN TUWIM
Julian Tuwim urodził się w 1894 r. w Łodzi. Poeta polski tworzący w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Dzieciństwo spędził w rodzinnej Łodzi. Potem przeniósł się do Warszawy i tam rozpoczął studia (prawo i filozofia). Współzałożyciel słynnej grupy poetyckiej „Skamander”, a także opiniotwórczego tygodnika „Wiadomości Literackie”. Współpracował z wieloma innymi czasopismami, gazetami i organizacjami artystycznymi tego czasu. W czasie trwania II wojny światowej przebywał na emigracji (Francja, Portugalia, Brazylia, USA). Najważniejsze zbiory poezji Tuwima to Czyhanie na Boga (1918), Sokrates tańczący (1920), które stanowiły (wraz z tomikami pozostałych skamandrytów) zwrot do poezji potocznej i zamknięcie martyrologii i tematyki patriotycznej. Cenny jest też dorobek translatorski Tuwima (przekładał głównie język rosyjski i angielski). Do najważniejszych jego utworów należą: Do krytyków – wczesny wiersz Tuwima, w którym wyraźnie zaznaczona zostaje nowa powojenna postać i rola poezji. Odcinać się ona mianowicie powinna zdaniem skamandrytów od martyrologii, cierpienia, niewoli, patriotycznych i patetycznych słów, a ma sławić piękno świata, wyrażać radość i podejmować najbardziej prozaiczne tematy. Sitowie – wiersz, w którym podjęty zostaje autotematyzm (tj. poezja o tworzeniu poezji). Podmiot liryczny powraca myślami do swego dzieciństwa i wspomina kępy przybrzeżnego sitowia, ich wijące się łodygi, układające się we wzory. Na ten pierwotny, naiwny, dziecięcy ogląd świata nakłada się wizja poety – który zestawia ze sobą słowa i nadaje im nowe znaczenia. Proces twórczy ukazany jest tu jako silna wewnętrzna potrzeba. Poezja rodzi się w trudach i bólach, zaś talent poetycki jest zarówno darem, jak i uciążliwym brzemieniem. Rzecz czarnoleska – wiersz przedstawia klasyczne rozumienie poezji. Poprzez wskazanie na Jana Kochanowskiego przywołuje się tu tradycję literacką, z której bierze swoje korzenie cała późniejsza poezja polska. Pochwała harmonii, ładu, porządku i jasności znaczeń oraz podkreślenie wartości poezji – nadaje ona nowe znaczenia słowom, formułując ze zwykłych wyrazów przekaz artystyczny. Wiosna. Dytyramb – manifest poetycki tryskający witalizmem, pochwałą życia. Tuwim odwołuje się tu od dominującej dotąd tradycji martyrologicznej i podejmowania w poezji poważnych tematów. Opisuje radość ludzi biegających po ulicach, beztroskę, zachwyt miastem i jego mieszkańcami, także biologią i popędem płciowym. Obrazowanie bardzo prozaiczne, niekiedy wtręty niestosowne czy wręcz wulgaryzmy. Sztandarowy wczesny utwór skamandrycki. Bal w operze – poemat satyryczny, krytykujący elity polskiego społeczeństwa – zwłaszcza ich życie towarzyskie i nieudolną politykę. Liczne elementy groteskowe i karykaturalne. Obraz balu wytwornego towarzystwa zestawionego z biedą, rozpowszechnioną propagandą i obłudą. Na końcu obrazy wizyjne o wydźwięku apokaliptycznym. Utwór pisany bardzo barwnym, plastycznym i dynamicznym językiem. W znacznym stopniu dzieło ocenzurowano, w całości wydrukowano je dopiero po wojnie. Kwiaty polskie – próba odrodzenia zapomnianego gatunku literackiego – poematu dygresyjnego. Utwór silnie autobiograficzny – poeta próbuje w nim odwzorować realia Łodzi i Warszawy w czasie swojego dzieciństwa i dojrzewania. Fabuła poematu jedynie lekko zarysowana, szkicowa, fragmentaryczna (nie został on zakończony). Dominacja żywiołu refleksyjnego, obserwacji o charakterze osobistym, liryzmu. W pewnym stopniu podjęte są w dziele także treści poważniejsze – krytyka nietolerancji i nacjonalizmu oraz wezwanie do walki z okupantem. Julian Tuwim zmarł w Zakopanem w 1953 roku. Wypracowania "Chrystus miasta" - Julian Tuwim "Ojczyzna moja wolna, wolna ... Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada" - Julian Tuwim jako czołowy Skamandryta wobec deklaracji Antoniego Słonimskiego Julian Tuwim "Ślepcy". Pośród dnia - Julian Tuwim